to miejsce, na którym wszyscy wcześniej czy później skończymy.
Kiedy czytałam Mikropolis, nigdy nie myślałam, że dane mi będzie zobaczyć coś takiego. Kiedy dotarliśmy na bazar (a pewnie jest ich tu kilka i przypuszczam, że przyjdzie nam zapuszczać się w nie coraz częściej) głównym odczuciem był atak trudnego do zidentyfikowania smrodu. Nie gnijące mięso, nie odchody, ale nie ma się co oszukiwać – śmierdzi. Może wyjątkowo, bo dzień był akurat deszczowy, ale woda w połączeniu z wszystkimi resztkami tworzyła na chodniku zalegającą maź. Tyle z otoczki, co do idei, to kupić na bazarze można praktycznie wszystko. Głównie jedzenie, ale też ubrania, buty itp. Czyli jak u nas. A jednak. Jedzenie jest zdumiewające. Zdecydowanie nie wszystko potrafię nazwać, a co do cześci posiadam tylko przypuszczenia. Dużo owoców morza, sporo mięsa (trzymanego bezpośrednio w kawałkach na straganie, bez żadnych chłodziarek, a jest ciepło i wilgotno), jednak przede wszystkim owoce (kupiliśmy z Bolkiem kilo moreli były pierwsza klasa) i warzywa (tu nie wiem najwięcej – następnym razem zrobię zdjęcia i może ktoś pomoże mi w identyfikacji).
Wieczorem pierwsze próby lokalnego alkoholu. Kuba zakupił Moutai w supermarkecie mieszczącym się w pobliskim Domu Towarowym (który od razu zyskał dla nas mianu KDT, ale szczerze KDT nie ma 3 pięter, nie jest nowoczesne i jest droższe, ale chyba całe mogłoby się tu zaopatrywać). Wracając jednak do tematu akapitu, to próba musiała być niewielka, ponieważ jako niezaprawieni w trudach, już po samym zapachu, byliśmy w stanie porównać to jedynie do wody kwiatowej używanej przez babcię. Postaram się dowiedzieć z czego to się robi, ale jakoś nie zamierzam zaprzyjaźniać się z tym napojem bliżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz