piątek, 25 lipca 2008

Bazar





to miejsce, na którym wszyscy wcześniej czy później skończymy.




























Kiedy czytałam Mikropolis, nigdy nie myślałam, że dane mi będzie zobaczyć coś takiego. Kiedy dotarliśmy na bazar (a pewnie jest ich tu kilka i przypuszczam, że przyjdzie nam zapuszczać się w nie coraz częściej) głównym odczuciem był atak trudnego do zidentyfikowania smrodu. Nie gnijące mięso, nie odchody, ale nie ma się co oszukiwać – śmierdzi. Może wyjątkowo, bo dzień był akurat deszczowy, ale woda w połączeniu z wszystkimi resztkami tworzyła na chodniku zalegającą maź. Tyle z otoczki, co do idei, to kupić na bazarze można praktycznie wszystko. Głównie jedzenie, ale też ubrania, buty itp. Czyli jak u nas. A jednak. Jedzenie jest zdumiewające. Zdecydowanie nie wszystko potrafię nazwać, a co do cześci posiadam tylko przypuszczenia. Dużo owoców morza, sporo mięsa (trzymanego bezpośrednio w kawałkach na straganie, bez żadnych chłodziarek, a jest ciepło i wilgotno), jednak przede wszystkim owoce (kupiliśmy z Bolkiem kilo moreli były pierwsza klasa) i warzywa (tu nie wiem najwięcej – następnym razem zrobię zdjęcia i może ktoś pomoże mi w identyfikacji).

Wieczorem pierwsze próby lokalnego alkoholu. Kuba zakupił Moutai w supermarkecie mieszczącym się w pobliskim Domu Towarowym (który od razu zyskał dla nas mianu KDT, ale szczerze KDT nie ma 3 pięter, nie jest nowoczesne i jest droższe, ale chyba całe mogłoby się tu zaopatrywać). Wracając jednak do tematu akapitu, to próba musiała być niewielka, ponieważ jako niezaprawieni w trudach, już po samym zapachu, byliśmy w stanie porównać to jedynie do wody kwiatowej używanej przez babcię. Postaram się dowiedzieć z czego to się robi, ale jakoś nie zamierzam zaprzyjaźniać się z tym napojem bliżej.

Brak komentarzy: