środa, 13 sierpnia 2008

kleik ryżowy













ponieważ istnieje obawa, że zamkną niedługo mój dostep do internetu na dziś - zdjęcia z rożnych okazji, których ni było jak dodać a w jakiś sposób oddają klimat. powtarzam " w jakiś sposób."

na maginesie: gdybym miała własne wielkie państwo na pewno nie zrobiłabym w nim jednej strefy czasowej. u nas ciemno jest już o 18tej za to wschód mamy koło 4tej.

niedziela, 10 sierpnia 2008

weekend and the city

odwiedziliśmy stolicę prowincji – Shenyang i szybko zrozumiałam dlaczego lokalsi twierdzą, że Dalian jest wymarzonym miejscem do życia. pogoda jak w piekarniku. nawet nie takie słońce, ale temperatura i zaduch zabójcze. na miasto składają się właściwie same wieżowce (a ma ono ponad tysiącletnią historię) i zwyczajnie jest szaro i brzydko. tylko w wydaniu na ponad 7 mln mieszkańców. ale do rzeczy.




przyjechaliśmy przede wszystkim by zobaczyć siedzibę cesarzy mandżurskich – tutejszy pałac cesarski

ładne, niespecjalnie zatłoczone. co śmieszne w każdym z takich turystycznych punktów jest kilka wypożyczalni strojów „z epoki”, w których należy zrobić sobie zdjęcie przed zabytkiem. nikt z nas nie dał się skusić, ale chińczycy są zdecydowanie zainteresowani.

potem trafiliśmy (z przygodami, bo jak się okazało pagoda widnieje na spisie zabytków w lonely planet, ale lokalsi nic o niej nie wiedzą, a adres jest nieprecyzyjny) do zbudowanej w XI a przebudowanej w XVII wieku 13-piętrowej buddyjskiej pagody (która tak podobno nie była chyba pagodą, a stupą, ale ponieważ jestem kiepska w te klocki to się nie wypowiadam).
mimo, że taksówkarze byli przekonani, że jest stara i brzydka mi jakoś przypadła do gustu. ważne także, że znajdowała się poza głównym nurtem, można było przynajmniej na chwilę zapomnieć o tłoku.

następnie trafiliśmy na wschodnie groby qingów – są jeszcze północne, na które już nam się dotrzeć nie udało – ładnie parkowo położone, właściwie już pod miastem, niedaleko jeziora. sama architektura jeszcze nie zrobiona na wysoki połysk (choć właśnie trwają prace konserwatorskie). i były opisy po angielsku, z których bez problemu można było odczytać ich znaczenie (sprawa chinglishu to temat na osobny post).

poza szlakiem udało nam się znaleźć pobliską działającą buddyjską świątynie, która mimo wytworzonego mistycyzmu miała w sobie dla mnie wiele z czczenia krasnali ogrodowych – ze względu na rzeczywiście tandetny wygląd posążków. przykro mi, że tak płytko wszystko rozumiem, ale może niech zdjęcia świadczą na poparcie mojej tezy.



wieczorem udaliśmy się jeszcze do okolicznego klubu, skąd niestety zdjęć brak, jest natomiast zdjęcie z drogi – wystawa okolicznego sklepu – polecam zwrócić uwagę na podpis pod witryną.

a skoro świt (6:30)

ruszyliśmy do położonych trochę dalej jaskiń, połączonych podobno najdłuższą na świecie podziemną rzeką. tu już typowe zwiedzanie po chińsku- wszędzie podwożą elektryczne samochodziki i muzeum z całą masą elektronicznych gadżetów opowiadających powstanie stalaktytów i historię ziemi, które jest tak nowoczesne, że aż odstrasza, ale toalety ma oczywiście niemożliwie syfne, nie wspominając już o możliwości umycia rąk. powstrzymując się jednak od dalszego marudzenia sama jaskinia rekompensowała pozostałe mankamenty (do wątku marudzącego zdjęcie „rekwizytów do zdjęć”, które udało się upchnąć do jaskiń). około 45 minutowy rejs łódeczką pod ziemią z możliwością oglądania przepięknych formacji skalnych był wart całego zachodu związanego z dotarciem na miejsce. zdjęć niestety prawie nie mam, bo nie było sposobu zrobić.

wtorek, 5 sierpnia 2008

chiński mur




pierwsze starcie i kolejne zdjęcia. niestety pogoda była chińska, czyli zaduch i białe niebo, więc i zdjęcia średnie.

weekend out of town

























































































































pozdrowienia z weekendu. bylo genialnie. niestety tutejszy internet
i natlok zajec nie pozwalaja na szybsza komunikacje. pojachalismy do oddalonego o okolo 3.5 godziny jazdy od dalianu dandongu - na mityczna granice z korea. rzeczywiscie przezycie - rzeka graniczna jest dokladnie pilnowana, choc nie ma spodziewanej ma
nifestacji sily. tymczasem tylko
stare rybackie kutry i polowa mostu (druga zostala zbombardowana przez amerykanow i jakos nikt nie wpadl na pomysl by ja odbudowac - z drugiej strony niby po co). dandong jest mniejszy i biedneijszy od dalianu, moze tez troche bardziej chinski.






jednak daniem glowny byly atrakcje polozone w pewnej o
d niego odleglosci. po pierwsze najdalej na polnoc wysunieta czesc chinskiego muru. nbie tak nana jak tak w okolicach pekinu, ale rzeczywiscie robiaca wrazenia i co bardzo wazne bez tlumu turysow. wizyta w chinach pozawala zweryfikowac europejskie pojecie tlumu. poniewaz tu wszystko jest bardziej z tlumem i tlokiem nie moze byc inaczej. niestety chce sie chwilowo zgrac tylko jedno zdjecie z barama prowadzaca na mur - dalsze obiecuje jeszcze dostarczyc. mielismy pewne problemy ze znalezieniem noclegu- uniwerek nie wydal nam wtedy jeszcze (od wczoraj juz mam) legitymacji potwierdzajacej zameldowanie. wiec mimo paszportu nas nie chcieli. w koncu jednak (dzieki pomocy napotkanych chinczykow, ktorzy wczesniej podrzucili nas swoim samochodem na chinski mur i zafundowali nam ochydne lody z zielonego groszku, ktore oczywiscie trzeba bylo zjesc) sie udalo i nocleg byl nawet dobrej jakosci.

nastepnego dnia wybralismy sie okolo 40 km dalej do rezerwatu gorskiego upstrzonego buddyjskimi swiatyniami. musze przyznac, ze wspinaczka na chinski mur byla wyzwaniem (nie zapominajmy o bagazu na dwa dni) nic jednak nie moze sie rownac z przepyachniem sie waskimi szczelinami skalnymi, wchodzeniem po "kolkach" i wygrozonych w skale niby stopniach po pionowych scianach sklanych i tym podobnym atrakcjom (jakby nie bylo bagaz mielismy nadal). zabojczo meczoce zdecydowanie jednak warte calego wysilku wlozonego w dostanie sie tam. (komentarz do zdjecia - biale rekawiczki zakupilismy przy wejsciu razem z obowiazkowym ubezpieczeniem za dwa kuaie (ok. 60gr) - przydaly sie bardzo - zdecydowanie zwiekszaja przyczepanosc - a nie zapominajmy w chinach nikt nie pomyslal by szczeliny i sciany w jakis rozsadny sposob zabezpieczyc.) w sumie szlismy ponad 4 godziny, wdrapalismy sie na sama gore i poza atrakcjami po drodze moglimy sie jeszcze rozkoszowac panorama okolicy - takze tej koreanskiej.
w skrocie - podroze ksztalca i bylo pieknie. w przyszly weekend wypad chyba do stolicy prowincji - shenyangu.

ps. na komputerze z ktorego teraz korzystam czesc zdjec wyglada duzo ciemniej niz u mnie na laptopie skad je zgrywalam. bylabym wdzieczna za komentarz jak jest rzeczywiscie.

czwartek, 31 lipca 2008

kornelia i Chiny
















czyli, kolejne obiecane zdjęcia potwierdzające moją tu obecność.