czwartek, 31 lipca 2008
劳动公园
poniedziałek, 28 lipca 2008
bez zdjec
w tej chwili pada (drugi raz do naszego przyjazdu, ale nawet jak nie to i tak wszystko jest wilgotne). przesuwa mi sie wycieczka na obiad. nauczylam sie juz unkac rzczey, ktorych nie lubie, co okazuje sie nader przydatna umiejetnoscia. (co smieszne - zazwyczaj dobrze smakuje to, co wyglada nader marnie.) zdecydowanie jednak nie polecam rzepy.
smieszne, ale natlok zdarzen utrudnia ich opisanie, smieszne historie gubia sie w sobie, w wyjsciach, w fiszkach z chinskimi slowkami na jutro.
jest tu bardzo ladnie nawet jak pada.
piątek, 25 lipca 2008
ulica cz.1
to temat rzeka. przede wszystkim dlatego, że właśnie na ulicach żyje miasto. stoliki ustawiane są bezpośrednio na chodnikach a obok nich grill i małe „rybackie” stołeczki. często każdy ma własnego grilla. chińczycy zdają się jeść przez cały czas, choć nie da się chyba tu zjeść zbyt dużo. wszystko jest bardzo sycące.
przy bardzo wielu ulicach są sprzęty do ćwiczeń – i… zawsze pełno przy nich ludzi. nie wyobrażam sobie żeby u nas młodzi i starzy wychodzili na dość wąski chodnik przy normalnej ulicy i ćwiczyli na ulicznych przyrządach.
większy komentarz innym razem, na razie korzystam z uprzejmości kolegów i ich Internetu, stąd kilka zdjęć na szybko. (w tym jedno ze mną, by potwierdzić, że żyję.)
plaża
jarmark nie ma granic. tu nikt się nie rozbiera, ale każdy kupuje lub sprzedaje. karuzele, grillowanie ośmiornice, festiwal piwa. samego piachu jest niewiele, a przy okazji kamienisty. ale przecież nie oto chodzi. i tak nikt się nie opala. panie w pełni ubrane chowają się jeszcze za parasolkami. kostiumy koniecznie jednoczęściowe. woda dość zimna, kiedy przejść dalej i zobaczyć zbierające się przy betonowym molo śmieci odchodzi nawet ochota, by dołączyć. i jeszcze – wszyscy – dzieci i dorośli pływają w kółkach do pływania. niesamowicie pokracznie to wygląda. a zaraz obok wieżowce – powinno być widać w tle. słyszałam, że to całkiem fajne, ale dla mnie ten koszmarne – wysoka zabudowa od razu przy morzu. ja wiem, że pewnie mają ładne widoki, ale mnie ten pomysł i tak nie kupuje. a od razu obok betonowych bloków, biedne domy z dykty. myśleliśmy, że nikt tam chyba nie mieszka, dopóki nie zobaczyliśmy schnącego prania.
Bazar
to miejsce, na którym wszyscy wcześniej czy później skończymy.
Kiedy czytałam Mikropolis, nigdy nie myślałam, że dane mi będzie zobaczyć coś takiego. Kiedy dotarliśmy na bazar (a pewnie jest ich tu kilka i przypuszczam, że przyjdzie nam zapuszczać się w nie coraz częściej) głównym odczuciem był atak trudnego do zidentyfikowania smrodu. Nie gnijące mięso, nie odchody, ale nie ma się co oszukiwać – śmierdzi. Może wyjątkowo, bo dzień był akurat deszczowy, ale woda w połączeniu z wszystkimi resztkami tworzyła na chodniku zalegającą maź. Tyle z otoczki, co do idei, to kupić na bazarze można praktycznie wszystko. Głównie jedzenie, ale też ubrania, buty itp. Czyli jak u nas. A jednak. Jedzenie jest zdumiewające. Zdecydowanie nie wszystko potrafię nazwać, a co do cześci posiadam tylko przypuszczenia. Dużo owoców morza, sporo mięsa (trzymanego bezpośrednio w kawałkach na straganie, bez żadnych chłodziarek, a jest ciepło i wilgotno), jednak przede wszystkim owoce (kupiliśmy z Bolkiem kilo moreli były pierwsza klasa) i warzywa (tu nie wiem najwięcej – następnym razem zrobię zdjęcia i może ktoś pomoże mi w identyfikacji).
Wieczorem pierwsze próby lokalnego alkoholu. Kuba zakupił Moutai w supermarkecie mieszczącym się w pobliskim Domu Towarowym (który od razu zyskał dla nas mianu KDT, ale szczerze KDT nie ma 3 pięter, nie jest nowoczesne i jest droższe, ale chyba całe mogłoby się tu zaopatrywać). Wracając jednak do tematu akapitu, to próba musiała być niewielka, ponieważ jako niezaprawieni w trudach, już po samym zapachu, byliśmy w stanie porównać to jedynie do wody kwiatowej używanej przez babcię. Postaram się dowiedzieć z czego to się robi, ale jakoś nie zamierzam zaprzyjaźniać się z tym napojem bliżej.
sobota, 19 lipca 2008
juz dalian
chiny smierdza, co w zadnym stopniu nie umniejsza ich zalet. troche nie wierm co napisac, malo widzialam, ale i tak zapewniam, to trzeba zobaczyc.
dluzsza informacja o przebiegu podrozy juz wkrote, jak tylko sopiuje ja z mojego laptopa.
i jeszcze prosba - jakby dzialo sie cos waznego w polsce czy na swiecie napiszcie w komentarzu, co?
moj kontakt ze swiatem zewnetrzym jest tu rzeczywiscie nikly.
caluje.
czwartek, 17 lipca 2008
pakowanie
powinnam mieć do 20 kilo, ale mało się tym przejmuję zwłaszcza, że nie mam wagi a i tak odrzuciłam 1/3 niezbędnych rzeczy.
pokrótce plan: lecimy do Dalianu z dwiema przesiadkami (w Moskwie i Pekinie), uczymy się tam chińskiego, po czym w pozostałym czasie zwiedzamy Chiny. jak i gdzie dopiero się okaże. wracamy 1 września.
cytat na dziś wcale nie śmieszny: "ta kosmetyczka na leki nazywa się apteczka".