niedziela, 10 sierpnia 2008

weekend and the city

odwiedziliśmy stolicę prowincji – Shenyang i szybko zrozumiałam dlaczego lokalsi twierdzą, że Dalian jest wymarzonym miejscem do życia. pogoda jak w piekarniku. nawet nie takie słońce, ale temperatura i zaduch zabójcze. na miasto składają się właściwie same wieżowce (a ma ono ponad tysiącletnią historię) i zwyczajnie jest szaro i brzydko. tylko w wydaniu na ponad 7 mln mieszkańców. ale do rzeczy.




przyjechaliśmy przede wszystkim by zobaczyć siedzibę cesarzy mandżurskich – tutejszy pałac cesarski

ładne, niespecjalnie zatłoczone. co śmieszne w każdym z takich turystycznych punktów jest kilka wypożyczalni strojów „z epoki”, w których należy zrobić sobie zdjęcie przed zabytkiem. nikt z nas nie dał się skusić, ale chińczycy są zdecydowanie zainteresowani.

potem trafiliśmy (z przygodami, bo jak się okazało pagoda widnieje na spisie zabytków w lonely planet, ale lokalsi nic o niej nie wiedzą, a adres jest nieprecyzyjny) do zbudowanej w XI a przebudowanej w XVII wieku 13-piętrowej buddyjskiej pagody (która tak podobno nie była chyba pagodą, a stupą, ale ponieważ jestem kiepska w te klocki to się nie wypowiadam).
mimo, że taksówkarze byli przekonani, że jest stara i brzydka mi jakoś przypadła do gustu. ważne także, że znajdowała się poza głównym nurtem, można było przynajmniej na chwilę zapomnieć o tłoku.

następnie trafiliśmy na wschodnie groby qingów – są jeszcze północne, na które już nam się dotrzeć nie udało – ładnie parkowo położone, właściwie już pod miastem, niedaleko jeziora. sama architektura jeszcze nie zrobiona na wysoki połysk (choć właśnie trwają prace konserwatorskie). i były opisy po angielsku, z których bez problemu można było odczytać ich znaczenie (sprawa chinglishu to temat na osobny post).

poza szlakiem udało nam się znaleźć pobliską działającą buddyjską świątynie, która mimo wytworzonego mistycyzmu miała w sobie dla mnie wiele z czczenia krasnali ogrodowych – ze względu na rzeczywiście tandetny wygląd posążków. przykro mi, że tak płytko wszystko rozumiem, ale może niech zdjęcia świadczą na poparcie mojej tezy.



wieczorem udaliśmy się jeszcze do okolicznego klubu, skąd niestety zdjęć brak, jest natomiast zdjęcie z drogi – wystawa okolicznego sklepu – polecam zwrócić uwagę na podpis pod witryną.

a skoro świt (6:30)

ruszyliśmy do położonych trochę dalej jaskiń, połączonych podobno najdłuższą na świecie podziemną rzeką. tu już typowe zwiedzanie po chińsku- wszędzie podwożą elektryczne samochodziki i muzeum z całą masą elektronicznych gadżetów opowiadających powstanie stalaktytów i historię ziemi, które jest tak nowoczesne, że aż odstrasza, ale toalety ma oczywiście niemożliwie syfne, nie wspominając już o możliwości umycia rąk. powstrzymując się jednak od dalszego marudzenia sama jaskinia rekompensowała pozostałe mankamenty (do wątku marudzącego zdjęcie „rekwizytów do zdjęć”, które udało się upchnąć do jaskiń). około 45 minutowy rejs łódeczką pod ziemią z możliwością oglądania przepięknych formacji skalnych był wart całego zachodu związanego z dotarciem na miejsce. zdjęć niestety prawie nie mam, bo nie było sposobu zrobić.

Brak komentarzy: