wtorek, 5 sierpnia 2008

weekend out of town

























































































































pozdrowienia z weekendu. bylo genialnie. niestety tutejszy internet
i natlok zajec nie pozwalaja na szybsza komunikacje. pojachalismy do oddalonego o okolo 3.5 godziny jazdy od dalianu dandongu - na mityczna granice z korea. rzeczywiscie przezycie - rzeka graniczna jest dokladnie pilnowana, choc nie ma spodziewanej ma
nifestacji sily. tymczasem tylko
stare rybackie kutry i polowa mostu (druga zostala zbombardowana przez amerykanow i jakos nikt nie wpadl na pomysl by ja odbudowac - z drugiej strony niby po co). dandong jest mniejszy i biedneijszy od dalianu, moze tez troche bardziej chinski.






jednak daniem glowny byly atrakcje polozone w pewnej o
d niego odleglosci. po pierwsze najdalej na polnoc wysunieta czesc chinskiego muru. nbie tak nana jak tak w okolicach pekinu, ale rzeczywiscie robiaca wrazenia i co bardzo wazne bez tlumu turysow. wizyta w chinach pozawala zweryfikowac europejskie pojecie tlumu. poniewaz tu wszystko jest bardziej z tlumem i tlokiem nie moze byc inaczej. niestety chce sie chwilowo zgrac tylko jedno zdjecie z barama prowadzaca na mur - dalsze obiecuje jeszcze dostarczyc. mielismy pewne problemy ze znalezieniem noclegu- uniwerek nie wydal nam wtedy jeszcze (od wczoraj juz mam) legitymacji potwierdzajacej zameldowanie. wiec mimo paszportu nas nie chcieli. w koncu jednak (dzieki pomocy napotkanych chinczykow, ktorzy wczesniej podrzucili nas swoim samochodem na chinski mur i zafundowali nam ochydne lody z zielonego groszku, ktore oczywiscie trzeba bylo zjesc) sie udalo i nocleg byl nawet dobrej jakosci.

nastepnego dnia wybralismy sie okolo 40 km dalej do rezerwatu gorskiego upstrzonego buddyjskimi swiatyniami. musze przyznac, ze wspinaczka na chinski mur byla wyzwaniem (nie zapominajmy o bagazu na dwa dni) nic jednak nie moze sie rownac z przepyachniem sie waskimi szczelinami skalnymi, wchodzeniem po "kolkach" i wygrozonych w skale niby stopniach po pionowych scianach sklanych i tym podobnym atrakcjom (jakby nie bylo bagaz mielismy nadal). zabojczo meczoce zdecydowanie jednak warte calego wysilku wlozonego w dostanie sie tam. (komentarz do zdjecia - biale rekawiczki zakupilismy przy wejsciu razem z obowiazkowym ubezpieczeniem za dwa kuaie (ok. 60gr) - przydaly sie bardzo - zdecydowanie zwiekszaja przyczepanosc - a nie zapominajmy w chinach nikt nie pomyslal by szczeliny i sciany w jakis rozsadny sposob zabezpieczyc.) w sumie szlismy ponad 4 godziny, wdrapalismy sie na sama gore i poza atrakcjami po drodze moglimy sie jeszcze rozkoszowac panorama okolicy - takze tej koreanskiej.
w skrocie - podroze ksztalca i bylo pieknie. w przyszly weekend wypad chyba do stolicy prowincji - shenyangu.

ps. na komputerze z ktorego teraz korzystam czesc zdjec wyglada duzo ciemniej niz u mnie na laptopie skad je zgrywalam. bylabym wdzieczna za komentarz jak jest rzeczywiscie.

Brak komentarzy: